Załęże: mural z Jolantą Wadowską – Król

Zbigniew Markowski

Gdyby dzielnice miały swoje hymny, katowickie Załęże nie musiałoby długo szukać. Utwór nazywa się „Trouble” i rozpoczyna się od słów: „jeśli szukasz kłopotów, znalazłeś odpowiednie miejsce”. Szemrana reputacja Załęża wywołała jednak reakcję i władz, i mieszkańców, bo nie da się ukryć, iż wizerunek okolic ulicy Gliwickiej jest od kilku lat wyraźnie ocieplany. Cel ów realizują przy pomocy (między innymi) murali: a to z koniem Łyskiem, a to z Johnem Baildonem, a to z Jolantą Wadowską – Król. W związku z powyższym, pewien publicysta nazwał Załęże dzielnicą kontrastów. Faktycznie: kontrast między artystycznymi produkcjami, a wymalowanymi tuż obok kibolskimi tekstami – jest.

Mural z Jolantą Wadowską – Król sam w sobie stanowi eksplozję kontrastów: ma mocne, jasne tło, sporo żółtych i fioletowych plam wzmocnionych czarną kreską. To dzieło w stylu „Wysokich Obcasów” i nic w tym dziwnego, bo to „Obcasy” wymyśliły mural opatrując go hasłem mówiącym, że kobiety wiedzą co robią. I to macierzysta redakcja – „Gazeta Wyborcza” na początku drugiej dekady XXI wieku pierwsza przypomniała sylwetkę lekarki. Wadowska – Król ma zresztą szczęście do publikacji: na bibliotecznych półkach znajdziemy i „Ołowiane dzieci” Michała Jędryki, i „Ołowiankę” Marty Fox, i doskonałe pracowanie sygnowane przez Uniwersytet Śląski. Każdy, kto chce napisać artykuł o Wadowskiej powinien pozycji tych unikać – wszystkie są przepięknie napisane, rewelacyjnie skonstruowane i po lekturze nijak nie można oprzeć się wrażeniu, że próbuje się stworzyć co, co już powstało. Nieszczęsnemu autorowi pozostaje tylko jedno: znaleźć jakieś „ale”, które nada opowieści nowy, może bardziej prawdziwy sens.

fot.: Zbigniew Markowski

Pierwsze „ale” znajdujemy w lokalizacji muralu. Można zrozumieć, że Załęże potrzebuje wizerunkowego oddechu, ale dzieło powstać powinno w Szopienicach. Przecież to tam od 1968 roku Wadowska-Król pracowała i tam dorobiła się – choć po wielu latach – przydomka Matki Boskiej Szopienickiej. Ołów pojawiający się w tytułach książek jest negatywnym bohaterem tej historii, zaś za emisję ciężkiego metalu odpowiedzialna była pracująca od niepamiętnych czasów huta. Nie minęło nawet piętnaście lat od śmierci Napoleona, gdy w Szopienicach powstała Wilhelmina – zakład specjalizujący się właśnie w cynku. Chemiczne zawiłości sprawiają jednak, że przy procesach technologicznych z cynkowym finałem pojawiają się wyziewy zawierające ołów. O szkodliwości zakładu wiedziano już w XIX wieku: robotnicy z Szopienic żyli podejrzanie krótko, dorastającym w cieniu kominów huty dzieciom szybko wypadały zęby, chorowały praktycznie na wszystko. Później siermiężny socjalizm zajął miejsce drapieżnego kapitalizmu, ale w tej sprawie nic się nie zmieniło, bo kiedy Wadowska-Król u progu lat siedemdziesiątych obejmowała funkcję osiedlowej lekarki, mówiono w Szopienicach, że pies żyje tam pięć dni, a kanarek umiera nazajutrz.

To, o czym wiedział każdy mieszkaniec Szopienic nie docierało jednak do uszu władzy. Władza potrzebowała zrealizowanych planów, rozwoju przemysłu, a każda wzmianka o tym, że władza o coś nie dba, wywoływała agresywną reakcję władzy. W opublikowanym po dziesięcioleciach wywiadzie Jolanta Wadowska – Król słowami: „co mi mogą zrobić – co najwyżej zesłać na prowincję” stara się skromnie udowodnić, że ryzykowała niewiele. Władza jednak mogła zrobić więcej, zresztą zrobiła: skutecznie zablokowała przewód doktorski. Najpierw jednak były badania kilku tysięcy dzieci, więc lekarka (wraz z pracującą w przychodni pielęgniarką) chodziły od domu do domu zapraszając na badania i badając później małych pacjentów. Opublikowane w 1974 roku wyniki świadczyły o prawdziwej tragedii Szopienic i konieczności natychmiastowej reakcji medycznej. Dzięki Król – Wadowskiej reakcja ta nastąpiła: dzieci zaczęto wysyłać do sanatoriów, poddawać leczeniu, w końcu wyburzono domy stojące najbliżej huty. Na doktorat, zupełnie zresztą inny, lekarka poczekać musiała niemal czterdzieści lat.

fot.: Zbigniew Markowski

Doktorat to zresztą drugie „ale”, bo nadanie tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego w czerwcu 2021 roku z pewnością było wyrazem sprawiedliwej pamięci. Uniwersytet zadbał o wymiar informacyjny tworząc film, wydając specjalne opracowanie i honorując laureatkę przepiękną, wzruszającą uroczystością. Może jednak większą symbolikę miałby tytuł wręczony w murach Śląskiego Uniwersytetu Medycznego – uczelni, która w latach siedemdziesiątych z politycznych przyczyn odmówiła Wadowskiej – Król swojego uhonorowania doktoratem? Gdzie na partyjne zlecenie tworzono negatywne recenzje pracy lekarki? Tak jak mural znalazł się w innym miejscu, tak doktorat – być może – wręczono nie tam, gdzie trzeba było to zrobić.

Jest jeszcze trzecie „ale”. W prasowych tytułach, książkach i na muralu dominuje jedna kobieta. Nie wolno odmawiać jej odwagi, bohaterstwa i cierpliwej wytrwałości, bo to Jolanta Wadowska – Król jest główną aktorką szopienickiego dramatu. Może jednak tych kobiet było więcej? Była przecież profesor Bożena Hager – Małecka: przełożona Wadowskiej, która jako konsultant wojewódzki zainspirowała badania dzieci z Szopienic. Która wspierała sprawę zagrożonych dzieci całym sercem, a w razie potrzeby mogła udać się do Edwarda Gierka, w efekcie czego doszło do wyburzenia domów położonych najbliżej huty i przeniesienia ludzi do nowych mieszkań. Choć dorobek medyczny Hager – Małeckiej jest imponujący, jej postać nie nadaje się ani na pomniki, ani na murale. Nie dość, że przez trzy kadencje była posłanką na Sejm PRL to jeszcze brała udział w obradach Okrągłego Stołu – po stronie komunistycznego rządu. Ostre kreski graffiti w przypadku profesor Małeckiej robią się nieco rozmyte i poplamione.

Na muralu zabrakło innej jeszcze kobiety – Wiesławy Wilczek: pielęgniarki z Szopienic, która przyjęła na siebie ciężar badań, rozmów i wszystkich działań wspierających Jolantę Wadowską – Król. Kiedy po wieli latach, w 2021 roku na uroczystości wręczenia doktoratu honoris causa nagle wywołano nazwisko pielęgniarki, ta po dłuższej chwili wstała ze swojego miejsca w przedostatnim, czy ostatnim rzędzie widowni. I stała tak zawstydzona i zdziwiona, że odziani w gronostaje profesorowie długo biją brawo zwykłej pielęgniarce. Muralowa sztuka operuje uproszczeniem. Często nie wiemy nawet jak wielkim.